Zmiany, zmiany, zmiany – czyli to, co lubię najbardziej!

      Siemanko! Dzień dobry!

       Ostatnie kilka miesięcy było paradoksalnie intensywne, mimo że nie miałam pracy  i było dużo wolnego. Zaszło dużo zmian i nie mam tu na myśli korony. Choć w jakiś sposób i ona się do tych zmian częściowo przyczyniła.

       Przeprowadziłam się, znalazłam pracę, kończyłam tu pisać pracę inżynierską i ją broniłam online. Zostałam panią inżynier.

      Dzisiejszy wpis będzie dotyczył pierwszej kwestii, mianowicie: przeprowadzka do Łodzi. Stało się to z powodów rodzinnych. Była to ciężka decyzja i dość szybko podjęta, ale nie żałuje. Uwielbiam zmiany, mniejsze i większe – nawet, gdy często się ich boje, bądź są trudne, okazują się najlepszym, co mogło mnie spotkać. Uwielbiam spontaniczne decyzje i niespodzianki.

     Jestem tutaj w zasadzie od kwietnia tego roku, przyjechałam do dziadków na święta Wielkiej Nocy. Sprawy potoczyły się tak, że postanowiłam zostać dłużej, a koniec maja finalnie zapadła decyzja, że się przeprowadzam. Zaczęłam szukać też od razu pracy. Początkiem czerwca pojechałam do domu, oznajmiłam rodzicom moją decyzję i zabrałam rzeczy i królikę – jak się przeprowadzać to na poważnie, a nie na pół gwizdka 😉.

   Podjąć decyzję nie było łatwo. Kuzynka M. powiedziała, że mi pomoże, chłopak wspierał i stwierdził, że odległość nie ma znaczenia (dzieli nas teraz 280 km, pół dnia jazdy pociągiem w jedną stronę). Powiedział, że w końcu on ma do mnie tak samo daleko, jak ja do niego. Poza tym uważał, że to dobra decyzja i odległość nie stanowi problemu. Babcia wyraziła radośnie chęć, a rodzice nie oponowali i w pełni rozumieli to posunięcie.

        Zabrałam więc większość swoich rzeczy i przywiozłam do babci (królikę również – taka podróżniczka, to nie pierwsza jej przeprowadzka). Zrobiłyśmy małe przemeblowanie, bym wszystko mogła zmieścić. Przez pierwsze tygodnie, przyzwyczajałam się do zmian i mieszkania z babcią. Uczyłam się jeździć autem po Łodzi i regularnie  dłuższe trasy: Łódzkie ➡ Śląskie. Tego drugiego nadal się uczę, natomiast przy pierwszej opcji zamieniłam auto na rower (w niepogodę 🚌).

       Od małego nie przepadałam za jazdą na rowerze 🙈. Gdy przyjeżdżałam do Łodzi przez ostatnie kilka lat, odwiedzając kuzynkę, czasem wybierałyśmy się na rowerach na przejażdżkę po Łodzi czy dojazd do konkretnego miejsca. Traktowałam to w formie przygody i rozrywki – raz na jakiś czas nawet spoko. W domu natomiast miałam jeszcze miesiąc temu rower, który dostałam w drugiej klasie podstawówki (tak, za wiele to nie urosłam od tamtego czasu) i nie jeździłam na nim za wiele, odkąd skończyłam jakieś 12 lat. Było to bardzo sporadycznie – nie lubiłam ❌.

        Tu w Łodzi jakoś się troszkę przyzwyczaiłam, ale głównie to M. była prowodyrką takiej formy przemieszczania. Gdy znalazłam tu pracę, przemieszczanie autem stało się totalnie nieopłacalne, mam tylko około 4 km, wiec niewiele. Korki są niemiłosierne, a i parking jest horrendalnie drogi, wiec korzystając z okazji, postanowiłam się przesiąść na rower. Nawet to polubiłam, szczerze powiedziawszy. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem; jak i to, że będę kiedykolwiek mieszkać w Łodzi, w której się urodziłam.

       Teraz autem to tylko na długie trasy poza Łódź,  ewentualnie, gdy trzeba jechać gdzieś z babcią. Choć to też jest średnia co dwa tygodnie, auto nie stoi bezczynnie mimo wszystko. Dzięki kuzynce mam się jak przemieszczać po Łodzi, no i mięśnie wchodzą w ruch – same plusy ✅

      W sierpniu mieszkanie babci przeszło też mały remont – potrzebna była nowa kanapa, żyrandol w pokoju wymieniony i kupiony został też nowy fotel dla babci, bo często zasypiała na krześle. W fotelu jednak wygodniej się śpi. Takie małe zmiany, a wnętrze nie do poznania. Wymieniona też została szafa babci. Na każde meble przychodzi kiedyś czas.
Ze mnie się śmieją, że gdzie się pojawię na trochę dłużej, to niebawem są remonty i zmiany.

      Tutaj, kończyłam też pisać moją inżynierkę…wreszcie; ale o tym już było tutaj😅. Teraz poznaje nowych ludzi, myślę o pracy i decyzjach, jakie niebawem podejmę (jednak pół roku była pełna wolność, tylko nie finansowa – coś za coś); rozglądam się za innymi opcjami i uczę się, próbuję nowych rzeczy, oraz wyrabiam sobie nowe nawyki i zastanawiam się co dalej. Mam kilka pomysłów i wersji, a niebawem i tak wszystko zaś może się wywrócić do góry nogami po raz kolejny. To się nazywa życie. Lubię to 👍!

RoztargnionaSzalona

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.